Blog
Marian Guzek
Marian Guzek
Marian Guzek Profesor ekonomii Uczelni Łazarskiego
3 obserwujących 47 notek 37206 odsłon
Marian Guzek, 11 kwietnia 2014 r.

Kiedy znów wybuchnie Krakatau gospodarki światowej?

Skąd się wziął ekonomiczny wulkan?

Z ideologii neoliberalnej, wielbiącej  wolny rynek, a zwalczającej państwo, przyswajanej chętnie od lat 1980. przez właścicieli kapitału oraz polityków i urzędników państw, a nawet licznych przedstawicieli świata pracy, wyłoniła się najpierw niepodlegająca nadzorowi państw samowolna działalność banków komercyjnych, a następnie ekonomiczny wulkan pod nazwą rynek derywatów, czyli pochodnych instrumentów finansowych wystawianych i puszczanych w obieg przez  banki na podstawie innych dokumentów.  Wartość tej góry rynkowej przed wybuchem w roku 2008 wynosiła ponad 600 bilionów dolarów. Wulkan ten upodobnił się do indonezyjskiego Krakatau, gdy po wybuchu  pozostały po nim swoiste trzy wyspy w postaci derywatów procentowych,  derywatów kredytowych i derywatów walutowych oraz objawiły się konsekwencje o podobnym zasięgu globalnym po tsunami wywołanym wybuchem, o którym Alan Greenspan powiedział, że „takie tsunami może zdarzyć się raz na sto lat”.

 

„Zapalnikiem  kryzysu finansowego – pisze W.Smoczyński („Tygodnik Polityka”, 11.03.2009r.) – były instrumenty pochodne  oparte na kredytach, tzw. „skolateryzowane obligacje dłużne” (CDO). Amerykańskie banki inwestycyjne odkupywały od hipotecznych (instytucji) pule kredytów (w tym w ogóle nieściągalnych – M.G.), siekały je, a następnie składały w pęczki według stopnia ryzyka. Przemieszanie kredytów miało uchronić inwestorów przed skutkami pojedynczego bankructwa, a jako dodatkowe zabezpieczenie bankierzy wymyślili polisy na taki wypadek (CDS)”. Skrót CDS (Credit default swap) oznacza „zamianę kredytu nieściągalnego”, a stanowi nazwę derywatu służącego przenoszeniu ryzyka kredytowego.

Co się dzieje po wybuchu?

W czasie, gdy trwały wstrząsy wtórne, rozmiary  rynku derywatów zostały nieco pomniejszone w wyniku ograniczeń interwencyjnych USA i UE, ale już w 2011 roku wartość podstawowa tego rynku wzrosła nawet ponad poziom sprzed wybuchu i wynosiła 700 bilionów dolarów, czyli siedmiokrotnie powyżej poziomu z roku 2000, w którym rynek derywatów zaczął szybko powstawać (źródło danych  liczbowych: Bank for International Settlements, cyt. za M. Szmelter, „Tendencje na światowym rynku pochodnych instrumentów finansowych”. W: Zarządzanie i Finanse. Uniwersytet Gdański 2013.). O ogromnych rozmiarach tego rynku świadczy fakt, że aż dziesięciokrotnie przekracza on roczną wielkość światowego PKB, która wynosi 65 bilionów dolarów. 

 

Derywaty  w rzeczywistości stanowią rodzaj „podróbek” (imitacji) występującego w praktyce kapitału  w postaci akcji i innych papierów wartościowych, albo są pochodnymi aktywów  fikcyjnych, nie mających wartości, a jedynie stanowiących źródło ryzyka. Uczestnikom tego rynku chodzi głównie o dokonywanie spekulacji, jakie nie powinny być tolerowane (chociaż w praktyce są) w ramach zwykłej gry giełdowej. Zresztą  największą część obrotów derywatami stanowią tzw. OTC (Over-the-counter), czyli operacje pozagiełdowe. Handel derywatami przynosi bankom ogromne zyski, nieporównywalne z tymi, jakie są możliwe do osiągania z produkcji i sprzedaży podróbek towarowych, nawet z podrobionego złota i srebra.

 

Dlaczego nowy wybuch musiałby być bardziej katastrofalny?

Wprawdzie po wybuchu kryzysu na rynku derywatów rozbudowują się wszystkie  trzy ich główne postacie, czyli derywaty procentowe, kredytowe oraz walutowe, ale szczególnym źródłem potężniejszego niż poprzednio  wstrząsu może być ich drugi typ ze względu na wytwarzanie ogromnych ilości pieniądza kredytowego w wyniku realizowanej przez banki komercyjne działalności kredytowej w warunkach stosowanej zasady „dług rodzi pieniądz”. W takich warunkach powstał wielobilionowy obieg wirtualnych dolarów, a światowa podaż pieniądza kredytowego jest dostosowana do potrzeb rynku derywatów, czyli  aktywów, lecz toksycznych. Pesymiści sądzą, że następny wybuch musiałby doprowadzić do totalnego upadku dolara, a niewykluczone, że również do upadku drugiego pieniądza światowego, czyli euro. Zwolennicy teorii spiskowych sądzą, że taki rezultat jest po prostu zamierzonym celem światowej, a szczególnie amerykańskiej, finansjery.

 

Interesująca jest też postawa ekonomistów, a nawet finansistów, którzy prawdopodobnie czuliby się znacznie lepiej, gdyby nie było w ogóle słychać o jakimś potwornie wielkim rynku derywatów. Sami o nim wolą nie wspominać, ale chcąc – ze względów profesjonalnych – przejawić  jakieś minimum zainteresowania zagrożeniami na rynkach finansowych, wyrażają niepokój o losy tych rynków, łącznie z rynkami dolara i euro.  Okazują zaniepokojenie ogromnymi zasobami dolarów na świecie, ale znajdują mocne uspokojenie w tym, że kolosalne ilości dolarów zasługują na zakwalifikowanie ich jako  kategorii „pieniądze rezerwowe”, bo nie krążą na rynkach towarowych, a więc w domyśle – spoczywają sobie spokojnie w schowkach i skarbcach, co można rozumieć jako ich niewystępowanie w obiegu pieniężnym. Gdyby jednak tacy autorzy mocniej przejęli się swoją powinnością profesjonalną,  powinni zauważyć, że  pewna część dolarów, podobnie jak część żołnierzy rezerwowych, może nie bywać na zwykłych rynkach, lecz może krążyć po „czarnych” rynkach. Ponieważ liczba takich żołnierzy może być niewielka, nie popełni się grzechu, jeśli przemilczy się ich „wyskoki czarnorynkowe”, jak też samo istnienie czarnego rynku. Ale skoro części dolarów uznawanych za ilości wielobilionowe nie widać na zwykłych rynkach, lecz można je zobaczyć na swoistym „czarnym” rynku kapitałowym, bo „podróbkowym”, to nie należy udawać, że on nie istnieje oraz że nie krążą na nim dolary. Krążą w towarzystwie wielkich zwojów papierów pseudowartościowych, w których mają swoiste „pokrycie”. A kto dba o równowagę między tym „pokryciem”   a ilością wirtualnych  dolarów?

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale